Szkice ze Sztokholmu

wpis w: sztokholm | 0

Napisać coś składnego i w miarę chociaż sensownego jest ostatnio dość trudno. Życie, a konkretniej – dzienne studia filologiczne. Lenistwo też ma w tym swój udział.

Z tym wpisem spóźniłem się miesiąc, bo właśnie wtedy wróciłem z mojej sztokholmskiej przerwy od wszystkiego.

W wietrznym i zasypanym Sztokholmie próbowałem napisać coś, co mogłoby zostać uznane za całkiem wartościowe. Może coś o muzeach, o komunikacji miejskiej? Nie wyszło, bo to jest przecież niesamowicie nudne. Znudziła mnie sama myśl o tym, że miałbym coś takiego urodzić w wielkich bólach, by potem usiłować sprzedać to jako kolejną niesłychanie interesującą wskazówkę dotyczącą turystycznej wizyty w Sztokholmie. 

Jak chcecie wskazówek – pewnie kupicie przewodnik. W dzisiejszych czasach google nie gryzie (może kiedyś gryzło?) to i źródeł praktycznej wiedzy nie brakuje.

Nie, pisanie o muzeach, metrze czy galeriach handlowych to jednak nie dla mnie.

Zamiast tego pod osłoną wyjątkowo chłodnej i przenikliwej nocy powstało coś innego. Nie pytajcie mnie: „co?”. Po prostu rzućcie okiem na tekst i parę oklepanych, acz nadal zachowujących atmosferę miasta zdjęć.

12 lutego

– 5 stopni

1:09 w nocy

Do słupa naprzeciwko mojego okna przytwierdzona jest lina. Jej drugi koniec znika z moich oczu tuż pod parapetem, na którym siedzę i bezmyślnie śledzę noc. Na kablu rytmicznie i wahadłowo drga mosiężna lampa. Przynajmniej wydaje mi się, że mosiężna – nigdy prawdziwego mosiądzu nie widziałem. Smagana bezlitosnym wiatrem znad jeziora, rozświetla ułamek nocy. W ciemnościach dotrzymuję jej towarzystwa, choć pewnie jest na odwrót. Od ponad godziny przez jedną z głównych ulic sztokholmskiego Södermalm nie przewinął się ani jeden zakapturzony cień. Świat stanął w miejscu o północy. O godzinie adekwatnej do miejsca. 

Uchwycenie chwili. Jeden z najbardziej tajemnych i poniekąd zakazanych poziomów ludzkiej egzystencji. Nie mamy na to czasu, na odmrażanie knykci na parapecie pokoju hotelowego. Na spędzenie chwili z miastem i ze sobą. Na próbę zrozumienia.

W poprzedniej linijce „próbę” dodałem następnego ranka, śmiejąc się z naiwności.

A przecież wystarczy tylko obserwować śnieg. Jego bitwę o byt w świetle mrugającej żarówki. Śledzić to, jak sekunda po sekundzie zostaje pokryta połać roztaczającego się przed tobą świata; królestwa na północy.

Mam wyjątkowe problemy ze skupieniem się. Co chwila gwałtownie podnoszę głowę i rozkazuję oczom chłonąć oblepiony śniegiem krajobraz. Nic się nie zmieniło przez minutę, kwadrans, godzinę – poza ilością iskier w białości pod latarnią. Choć śnieg, lód i chłód są tu tak ważne, to po pewnym czasie przestaję zwracać na nie uwagę.

Czym byłaby Szwecja, królestwo Północy, bez nich?

Chyba byłaby Danią.

A nikt nie chce być Danią.

Kiedy wyglądam przez okno – teraz już z lekka oszronione w paru miejscach przy ramie – mój wzrok machinalnie spoczywa na obwiniętych serpentynami światła drzewach. Lampki choinkowe, czy Szwedzi są leniwi? A może nieuważni? Czy może to tylko ci konkretni? Ktoś napisze o tym rozprawę.

Łyse, stare patyki, których tak wiele w Polsce, tu są czymś magicznym. Wpasowują się w pejzaż sennego marzenia; Sztokholmu jako Drohobycza, w którego wyolbrzymionym odbiciu gubimy się noc w noc.

Trzy mieniące się na złoto plamy dumnie strzegą utrzymanego w surowym stylu dziewiętnastowiecznego pałacyku. Kanciasta bryła jednocześnie odrzuca i zaprasza do jej odkrycia. W powstrzymaniu się nie pomaga fakt, że z jednego z jej wykuszowych okien na poddaszu nieśmiało wygląda stara lampka do czytania; samotnie stara się rozświetlić obmacującą budynek ze wszystkich stron czerń.

Pozostałe okna budynku zdążyły poddać się tej ciemności, pomieszczenia stały się jej częścią. Z łatwością widzę siebie stojącego pośród grobowej i opatulającej ciszy w jednym z tych pokoi. Przymykam oczy i nasłuchuję, jakby wczuwając się w otępienie. Brak bodźców odczuwanych przez „typowe” zmysły prędzej czy później doprowadza do czegoś nowego. Do niemal fizycznego obcowania umysłu w danej przestrzeni i w zatrzymanej chwili; momencie zdającym się być wiecznością. Patos czasami jest usprawiedliwiony. Czasami, to znaczy: teraz.

Kiedy dalej wpatruję się w wertykalne kałuże złota pod pałacem, czuję na sobie czyjś wzrok z drugiego końca ulicy.

Obywatela dowolnego kraju nordyckiego możemy poznać po tym, że nie inwestuje w zasłony. Mało tego – zarówno siedemnastowieczni budowniczy, jak i współcześni Panowie i Panie Architekci (czyli nie tacy, którzy robią tysiące zdjęć szkła powtykanego w beton i wsadzają na Instagrama – tacy prawdziwi! Są tacy, nie kłamię!), otóż postanowili oni, że wizytówką skandynawskiej bryły będą wielkie okna. Zazwyczaj są to spore kwadraty bez ramy; zdają się niemal krzyczeć: „nie mam kompleksów i niczego się nie wstydzę, visst! Co więcej – ja to mogę u d o w o d n i ć!”.

Na parapecie znajdziemy najczęściej wazon za kilkadziesiąt koron z wysuszonymi na wiór białymi różami (teraz szarymi od narastającego kurzu), lampkę do czytania (Szwedzi czytają, w przeciwieństwie do niektórych), parę figurek z loppisu, podrobionego czerwonego konika z prowincji Dalarna, a jeśli mamy przyjemność być na Północy pomiędzy listopadem a lutym – również pokaźny świecznik adwentowy, prawdopodobnie w jakimś czystym, pastelowym odcieniu, oraz wielką rozświetloną gwiazdę z papieru. Więc pomimo tego, że mieszkańcy krajów przepełnionych tylko i wyłącznie dobrobytem (tak mówią, więc to musi być prawda!) takiego nowoczesnego wynalazku jak firanka jeszcze nie poznali, to i tak w sumie nie byłby im potrzebny. Ich okna są już zasłonięte materiałem dowodowym na szczęście.

I właśnie dlatego północnoeuropejski lud nie przesiaduje na parapecie, jak ja robię to teraz.

Niebo w centrum Sztokholmu przybiera najróżniejsze kolory. W dzień jest to zazwyczaj głęboki rodzaj nijakiego, z nutką szarości i białej mgły. W lecie, jak wszędzie, zobaczymy typowy błękit przechodzący w wyrazisty granat, skraplający się tlen na wysokościach. Dlatego też Szwecja nie jest w lecie niczym specjalnym. Ciepły, słoneczny dzień zdecydowanie nie leży w jej naturze. Więc co leży?

Wszystko, co przeciwne. Lodowata, przenikliwa noc w samym środku zimy. Tylko wtedy możesz godnie i sprawiedliwie ocenić ducha Północy.

Dzisiejsze nocne niebo to mikstura, która w teorii powinna wyglądać obrzydliwie, a w rzeczywistości jest najpiękniejszym elementem na kanwie mozolnego parcia do przodu. Nad Södermalm trafiłem na przytłumiony żółty, momentami wręcz brązowy, przepleciony jakimś lekko liliowym odcieniem szarości.

Czy w całym tym patosie wspomniałem, że jestem daltonistą?