„Mężczyzna imieniem Ove”, czyli niezwykle aktualny portret szwedzkiego społeczeństwa

wpis w: kultura, o Szwecji | 9

„Ove, du är fan sjukt dålig på att dö”

  

Z tym filmem spóźniłem się aż 3 lata. Dotychczas byłem przekonany o jakiejś natarczywej manii artyzmu panującej w kinie skandynawskim; „Turysta” najlepszym tego przykładem. Dobry film przez około 20 minut, później już przekombinowany.

O nominowanym do Oscara za najlepszy film nieanglojęzyczny „Mężczyźnie imieniem Ove” („En man som heter Ove”, 2015) w reżyserii Hannesa Holma nic złego nie mogę powiedzieć. Sprawka procentów?

Nie. Film oglądałem na trzeźwo. Więc powoli zaczynam skłaniać się ku teorii, że był on po prostu bardzo dobry. Bo nie starał się być przełomowy. A jednak, w całym swoim komiczno-romantycznym komentarzu społecznym, taki się okazał.

*W tym wpisie postaram się uniknąć spoilerów, przez wzgląd na resztki mojej przyzwoitości.

 

Zacznę od tego, że przy całym swoim czarnym humorze i doskonale naświetlonym tragizmie życia,”Mężczyzna imieniem Ove” dość zaskakująco okazuje się być miodem na duszę.

W większości recenzji, film Holma zrównywany jest do bardzo ogólnikowego i niekoniecznie schlebiającego miana „czarnej komedii” czy do obszernego komentarza dotyczącego zdrowia psychicznego, samobójstwa, ludzkiego oddalenia w krajach Północy.

I to wszystko poniekąd się zgadza, bo faktycznie – widzimy wiele prób samobójczych chłodnego i zdystansowanego głównego bohatera, którym towarzyszy dość ciekawy koncept retrospekcji i komicznego przerwania procesu przejścia na drugi świat. Ja się śmiałem, choć jest to humor raczej specyficzny i niekoniecznie oczywisty. Nieraz wybuchałem śmiechem przez jedno malutkie słówko czy wyraz twarzy bohatera, kiedy wszyscy wokół mnie siedzieli z kamiennymi twarzami.

 

 

Jednak już od pierwszych sekund filmu możemy dostrzec coś, co niekoniecznie zostało poruszone przez światowych dziennikarzy i filmoznawców. Widzimy Szwecję najprawdziwszą. Od chorego trzymania się zasad funkcjonowania kuponów ze zniżką na bukiety kwiatów, po kolejne chore trzymanie się zasad funkcjonowania na terenie wspólnoty mieszkaniowej. W filmie zobaczymy archetypy chyba każdego żyjącego współcześnie Szweda. Mamy: samozwańczego stróża porządku w postaci starszego pana z tragicznie romantyczną przeszłością. Mamy pochodzącą z Persji matkę dwujęzycznych dziewczynek, oraz jej szwedzkiego męża-nieudacznika, który od paru miesięcy nie jest w stanie zamontować zmywarki; mamy syna właściciela restauracji z kebabem, który po wyjściu z szafy zostaje zmuszony do wyjścia z domu. Przez niecałe dwie godziny filmu, przez srebrny ekran przewalą się dosłownie dziesiątki tak różnych i wyrazistych postaci: sprytna dziennikarka z południowej Szwecji, żująca gumę blondynka pracująca na kasie sklepu ogrodniczego, mężczyzna „przy kości” spędzający większość swojego czasu w domu, lecz pragnący zaangażować się w życie społeczności.

Nie byłoby przesadą stwierdzenie, że przedstawiona w filmie wspólnota jest czymś w rodzaju mikrokosmosu, ukazanego w sposób hiperboliczny, ale przez to też łatwiej pokazujący prawdziwe zależności istniejące między poszczególnymi członkami szwedzkiego społeczeństwa. Społeczeństwa, które spowite jest toksyczną mgłą plotek o jego licznych patologiach. Społeczeństwa zimnego, skalanego ogromem statystyk o ilości samobójstw.

„Mężczyzna imieniem Ove” to podróż przez (pozorną) samotność i (pozorne) odizolowanie. Przez sprawnie działającą sąsiedzką samopomoc. Przez ideę wspólnoty, która jak najbardziej w Szwecji istnieje, ale nikt się do tego nie przyzna. Bo wszyscy są dziś przecież silnymi, samowystarczalnymi indywidualistami.

To bardzo przyjemna, zabawna, miejscami wzruszająca wyprawa przez wciąż obecne w dzisiejszym świecie zasady przyzwoitości i empatię, według których postępują nawet najbardziej zatwardziali obywatele. Poza urzędnikami, bo urzędnicy – jak wszędzie na świecie – to zło wcielone.

Na czym polega według mnie przełomowość filmu?

Na jego wielozadaniowości i „zwykłości”. To niesłychanie przenikliwy komentarz do wielu płaszczyzn egzystencji, podany w formie przystępnej i bezbolesnej. I mówię to ja – osoba, która przesiedziała przez całego „Turystę”, więc o kinematograficznym bólu coś wiem.

 

 

Obraz Szwecji Hannesa Holma to – wbrew temu co mówią o filmie gazety – nie tylko choroba psychiczna, samobójstwo i depresyjny, czarny humor. To również bezinteresowna dobroć. Przyzwoitość. Empatia. Miłość. Walka o równouprawnienie (tu najbardziej dotyczy to osób ograniczonych ruchowo), pośrednio również o tolerancji osób homoseksualnych.

Nie umiem pisać recenzji. Gubię się w swoich myślach i bredzę. Ale na zakończenie pasuje przytoczyć słowa głównego bohatera, stanowiące swego rodzaju doskonałe podsumowanie zarówno filmu, jak i całego archetypu postaci pozornie lodowatego Szweda.

„Spełniła się diagnoza lekarki. Okazuje się, że miałem za duże serce”.

Kurtyna, pozamiatane, zaorane, leżę na podłodze i staram się trzymać oczy otwarte jak najdłużej, co by się troszkę wysuszyły.

Film polecam każdemu. Wychodząc już poza jego szwedzkość – jest to po prostu wspaniała historia, ciekawa i utrzymująca w napięciu; romantyczna, tragiczna, komiczna. O zagadnieniach z warstwy technicznej (na których się nie znam), palecie kolorów i scenografii nawet nie wspominam. Pojedyncze ujęcia stanowią mistrzostwo kinematografii. Obrazek dystopijno-utopijnych przedmieść również nieźle zadziałał na moją psychikę.

Czego chcieć więcej?

Kotków i piesków.

Pocieszę – w filmie znajdziecie ich sporo.

foto: tumblr.com