Oslo

wpis w: Norwegia | 0

No i słuchaj, człowieku dumny.

Gdzieżeś był?

Otóż na sesji, która wzięła mnie za fraki i bezpardonowo zaczęła lać po twarzy, moimi własnymi rękami w dodatku. Ale – koniec końców – wszystko nawet jakoś poszło i wyszło. A teraz siedzę w Oslo. I tak też będzie do grudnia.

Semestr zimowy to chyba dobry wybór. Choć minęły niecałe dwa tygodnie od mojego triumfalnego przyjazdu z dwiema walizkami po 20 kg, zdążyłem już doświadczyć chyba pięciu różnych pór roku. Trzydziestostopniowy ukrop przeszedł dość gwałtownie w piętnastostopniowe niewiadomoco z towarzyszącymi mu powiewami gwałtownego wiatru znad morza. Chmury są tak nisko, że nieraz można pomylić je z wyjątkowo gęstą mgłą. To w sumie bardzo ładny i niecodzienny dla mnie widok: wzgórza dosłownie zanurzone w niebie, jakby niezdarnie przelewającym się ku złączeniu z ziemią.

Ałć. Też to poczułem. To się nazywa patos. Niebezpieczny, gdy w zbyt wysokich dawkach. Tak wpływa Oslo na ludzi; bombarduje ideami, sztuką i naturą z każdej strony. Wpycha patos do ust. I każe sobie za to słono płacić – bilety studenckie do muzeów kosztują zazwyczaj 120 koron. Czyli około 50-60 złotych. Dzięki wielkie. Ale o sprawach cenowo-surwiwalowych innym razem.

Na razie parę zdjęć i luźnych myśli.

 

Szkło.

 

Tego Ci w stolicy Norwegii dostatek.

O operze chyba wszyscy słyszeli. I prawdopodobnie nie rozumieją jej fenomenu. Ot – mający już ładnych parę lat budynek o dość odważnej bryle. I w sumie to byłoby na tyle. A przynajmniej – tak właśnie myślałem zanim zobaczyłem delikwentkę na własne oczy.

Faktycznie, na papierze chyba nie ma się czym zachwycać. Widok wydaje się dość przeciętny; miasto w wiecznej przebudowie. Rozkopane chodniki, dziesiątki żurawi pnących się w konkursie na największego rozpraszacza okolicy. Szkielety przyszłych dzieł sztuki, będących obecnie jedynie szkicami. Huk, zgiełk, mieszanina języków – każdy zamawia sobie zdjęcie na Instagrama u przypadkowych przechodniów.

Opera na społecznościówkach musi być. Bo jest tą taką słynną operą. Tak jak ta taka słynna wieża w Paryżu, czy słynna, rozlatująca się arena w Rzymie.

Więc jak na prawidłowego hipstera i mistrza przekory przystało – byłem zwarty i gotowy do krytyki (jestem z Polski, co tu dużo mówić). Do ogłoszenia Wam, że proszę się rozejść. Nie ma nad czym się zachwycać.

I to byłby z mojej strony duży błąd. Bo jest się nad czym rozpłynąć.

Nie trzeba być jakimkolwiek znawcą architektury, żeby docenić niebanalność tego budynku. O nic więcej nie chodzi, jak o magiczne połączenie użytkowości z czymś więcej. Codzienności z wyjątkowością. Sacrum, profanum – nie muszę pisać chyba rozprawki na 400 słów, sami wiecie.

Fakt, nie jest łatwo przejrzeć przez napompowaną otoczkę największej atrakcji turystycznej miasta, może kraju. Ich wizytówki. Ale wystarczy przystanąć na chwilę na dachu i spojrzeć na czarną, wzburzoną wodę fiordu, zawzięcie atakującą spokojną (a jednocześnie – nieokiełznaną, niewpasowującą się w kanon, wręcz przypadkową), łagodną (i brutalnie kanciastą, wręcz ostrą), zrodzoną z rąk i umysłu człowieka bryłę, która miejscami opada pod delikatnym kątem w toń, łącząc się z naturą.

Teraz w końcu rozumiem ludzi, którzy między operą a sztuką stawiają znak równości. To faktycznie nie jest zwykły budynek.

 

Sztorm, szarość, potem – spokój. I dalej szarość.

 

Mówi się o angielskiej pogodzie, że jest niezbyt człowiekowi przyjazna. Ktokolwiek wymyślił to powiedzenie chyba nie był nigdy w Skandynawii.

Inna sprawa, że gdy należy się do tych szarolubnych i zimnokrwistych nie ma lepszego miejsca do życia niż Skandynawia. A przynajmniej południowe jej krańce. Bo minusowe temperatury to jednak duży minus.

Pogoda w Oslo pod koniec lata to złoty środek. Podczas, gdy Polska smaży się za swoje grzechy w 35- stopniowym upale, ja spaceruję sobie na uczelnię i z powrotem w temperaturze pokojowej. Czasami mocniej powieje. Na szczeście – od tego mamy dobrodziejstwa bluz z kapturem.

Choć Norwegowie o takim wynalazku chyba nie słyszeli. Dalej chodzą w koszulkach z krótkimi rękawami. Na poranną przebieżkę wybierają się tylko w krótkich spodenkach. Tak, doskonale się zrozumieliśmy – tylko w krótkich spodenkach. Dobra, przedstawiciele naszego gatunku z zestawem chromosomów XX może mają na sobie coś jeszcze, ale panowie już niekoniecznie. Na taki widok nie wiem czy śmiać się, czy w sumie szanować. Ja nie mogę wyjść bez swetra, bo choruję przez tydzień.

Cóż. Tu wychodzi moje farbowanie na Skandynawa-fałszywca.

 

 

Bywa jednak pogoda trochę bardziej skrajna. Przez to rozumiem stany podsztormowe (dla mnie sztorm zaczyna się, jak troszkę wieje i woda przestaje być gładką taflą – to tak, żeby uniknąć nieporozumień), wichury, ulewy.

Wychodzi na to, że Norwegia jest mocno bipolarna – jak na niezrównoważoną psychicznie i zakompleksioną winorośl Szwecji i Danii przystało (znowu – żart). Potrafi się kisić w swojej szarości przez parę dni, żeby wkrótce przypomnieć o swoim istnieniu burzową awanturą. Wydaje się, że wszystko już sobie wyjaśniliśmy; następnego dnia na niebie nie ma ani jednej chmury, słońce zauważa swoją szansę i bardzo aktywnie dogrzewa. Jakby sam wiedział, że ma mało czasu, bo już za parę godzin znad Bałtyku przydryfują kolejne warstwy nieprzepuszczalnych chmur.

I wcale mi to nie przeszkadza. Zawsze chciałem poczuć się jak rasowy wrażliwiec z zaburzeniami snu i lubujący się w przekonaniu o nieuchronnie zbliżającym się końcu. Takie moje fin de siècle (to z francuskiego – „niewytłumaczalny, ale bardzo produktywny artystycznie ból dupy”). Tylko na początku wieku.

Brakuje mi tylko czarnego golfu, okularów bez szkieł (w grubej oprawce) i podkurzającego akcentu trzydziestoletniego buca z Östermalm, który brzmi jakby całe życie miał zatkany nos.

Cóż. Jestem w stanie się do tego odnieść. Mam chroniczne zapalenie zatok.

O czym ja piszę? A racja.

Pogoda.

Zmienia się, szok.

Dalej.

Sztuka.

Sztuka w formie ucieleśnienia historii.

Spokoju i godności, stawiających czoła wirującym liściom, raz po raz wyszarpywanym z uschniętych gałęzi.

Gdy zobaczyłem stojącą przy Zamku Królewskim sylwetkę królowej Maud, do głowy przyszła mi tylko jedna rzecz. Konkretniej, był to lodowaty powiew. Tym razem – z południa.

Mała powtórka z geografii?

Ziemia Królowej Maud (nor. Dronning Maud Land, sve. Drottning Mauds Land) to ponad 2 700 000 pokrytych wiecznym lodem kilometrów kwadratowych, obejmujących aż 1/6 całej powierzchni regionu Antarktydy. Obszar jest około 8 razy większy od samej Norwegii. Graniczy z sektorami Wielkiej Brytanii i Australii. Obszar został zaanektowany przez Norwegię 14 stycznia 1939 roku.

A sama królowa Maud była pierwszą królową Norwegii, która nie była jednocześnie królową Szwecji i/lub Danii od 1319 roku („trend” narzuciła Ingeborga, córka Håkona V, żona Erika Magnussona).

Maud przeżyła więc rozwiązanie długotrwałej unii między Szwecją a Norwegią w 1905 roku. Ciekawe, że dość istotny wpływ na uniezależnienie się Norwegii miały wyprawy polarników na bieguny północny oraz południowy (Norwegowie odnosili sukcesy, robili szum na arenie międzynarodowej, jednocześnie nie będąc niezależnym krajem, co wywarło na Szwecji dość dużą presję).