Chłód, serce, fakty i wrażliwość, czyli „Lud. Z grenlandzkiej wyspy”

wpis w: o książkach | 0

Dzień dobry.

 

Dziś będzie o pewnej książce. Bardzo dobrej zresztą. Ale tego można się było po Ilonie Wiśniewskiej spodziewać – kolejnego porządnego reportażu, przesyconego nie tylko opowieściami o życiu ludzi z Północy, ale również pierwiastkiem trochę bardziej literackim. Kunsztownym, niosącym ze sobą tony wrażliwości. O tym zresztą mówi Paweł Sołtys na tylnej okładce – „autorce udało się napisać intymną książkę o największej wyspie na świecie, coś więcej niż reportaż”. I z tym nie da się nie zgodzić.

 

„Lud. Z grenlandzkiej wyspy”
Ilona Wiśniewska
Wydawnictwo Czarne

(w wersji fizycznej i e-book dostępna TU)

 

 

Intymność – to chyba faktycznie słowo najlepiej opisujące najnowszą pozycję w dorobku literackim autorki znanej wcześniej z książek „Białe. Zimna wyspa Spitsbergen” oraz „Hen. Na północy Norwegii”. Jesteśmy bez większych ceregieli wtrąceni pomiędzy Grenlandczyków. Od pierwszych stron czujemy się, jakbyśmy znali tych ludzi od lat. Sympatyzujemy, współodczuwamy.

 

Autorka bardzo wdzięcznie i zwinnie manewruje w narracji pomiędzy swoją własną podróżą (w znaczeniu dwojakim), a życiem napotkanych Grenlandczyków; często wtrącając również istotne i po prostu ciekawe informacje dotyczące grenladzkiej krainy, jej natury, historii, kultury – wszystkiego.

Nie boję się stwierdzić, że dzięki „Ludowi” odkrywamy Grenlandię na odległość. Bierzemy udział w wyprawach, zaznaczając jednak silne powiązanie tej krainy z ludem zamieszkującym ją. Tego brakuje obecnie w literaturze podróżniczej czy reportażu – ludzkiego, wrażliwego aspektu. O egzotycznych destynacjach, lodowatych pustkowiach zazwyczaj myślimy… właśnie tak. Jako o egzotycznych destynacjach i lodowatych pustkowiach. Bardzo rzadko jesteśmy w stanie wyjść poza swój egocentryzm i zastanowić się nad historiami miliardów jednostek, których barwne życia z pewnością wywołałyby na naszych policzkach wypieki. Uważajmy jednak, aby nie popaść w drugą skrajność i nie żerować na tragediach innych.

Ilona Wiśniewska w swojej narracji znajduje idealny – według mnie – złoty środek pomagający czytelnikom poznać nie tylko kupę kamieni, ale również pulsujący szkarłat Grenlandii.

 

Warto wspomnieć oczywiście o pięknym wydaniu. Fotografie wewnątrz książki, jak i również ta na okładce, wykonane zostały przez samą Autorkę. Nie można zaprzeczyć, że pierwiastek wizualny wspomaga narrację i nadaje opowieściom z dalekiej, nieznanej Północy ułamka realizmu. Bardzo interesującym i niekoniecznie spotykanym dodatkiem są ilustracje na wyklejkach, wewnętrznych stronach okładki, spod kropkująco-kreskującego długopisu (?) Anny Wawrzyniak-Olszak. Każdy taki element pogłębia nie tylko nasze czytelnicze doznania, ale również nadaje całemu przedsięwzięciu konceptualnego połysku skrupulatności, tak często dziś brakującego.

 

To tyle. Krótko i na temat.

Myśli jest więcej. Ale każdy będzie miał swoje – po lekturze. Siłą rzeczy.