Kiruna. Bliskość ziemi i nieba.

Miasto, które ledwie jest.

Mieszka tam około 17 tysięcy ludzi; wszyscy rozrzuceni są po jak najdalszych zakątkach stolicy regionu. Kiruna jest największą i zarazem najważniejszą miejscowością szwedzkiej prowincji historycznej Lappland.

Jeśli chcemy użyć innego podziału, mniej zwyczajowego i bardziej formalnego, to Kiruna zniknie z horyzontu, a nasze oczy zwrócą się na wschód, w kierunku wybrzeża Zatoki Botnickiej i miasta Luleå (w którym mieszkać usiłuje aż 50 tysięcy śmiałków). Obie miejscowości, Kiruna i Luleå, znajdują się w Norrbottens län (odpowiednik naszego województwa). Między nimi – około 350 kilometrów drogi, czyli pod 5 godzin monotonnej jazdy w towarzystwie iglaków i niczego innego. Samochód to w pewnych rejonach dość rzadki widok, co zdaje się potwierdzać zimnolubna fauna odpoczywająca na środku drogi krajowej.

Wiemy, że Szwecja jest ogromna. Widać na mapie. Ale dopiero na jej północnych rubieżach ten ogrom zdaje się przytłaczać.

„Na północ jedzie się, by umrzeć”. Lub – zabić. Powodzenia w szukaniu trupa.

Winowajca wiecznej zimy.

Północna Skandynawia kojarzy nam się raczej z tą ciemną, na pozór – nieprzyjazną stroną medalu. Z wieczną zimą, z brakiem słońca, z chłodem przenikającym nie tylko tubylcze kości, ale również ich serca.

Takie postrzeganie Norrbotten jest chyba najbardziej rozpowszechnione, a przyczyn możemy szukać w… XVI wieku. To wtedy rozpalone serce Europy Zachodniej zwróciło swoją uwagę w stronę nieznanych i nieopisanych pustkowi Półwyspu Skandynawskiego. Za tę wielowieczną fascynację krainą chłodu współodpowiedzialny jest Olaus Magnus, autor słynnego we właściwych kręgach akademickich 22- częściowego zbioru esejów „Historia de gentibus septentrionalibus” („Historia om de nordiska folken”/”Historia ludów północnych, nordyckich”). Północ została u Magnusa, a właściwie – Månssona, mocno „podkręcona”. Biskup skupił się na aspektach bardziej skrajnych, które przedstawiały i Skandynawię jako krainę śniegu i okrutnej zimy; krainę porzuconą przez słońce; miejsce, w którym nawet fauna i flora autochtoniczna nie jest w stanie przetrwać.

Momentami absurdalnie wręcz szczegółowy zbiór esejów był jednak „zaledwie” komentarzem do innego słynnego dzieła Magnusa. „Carta Marina” (lub, jak nazywał ją sam Magnus: „Carta Gotica”) to przepiękna i detaliczna mapa Półwyspu Skandynawskiego i otaczających go mórz. Potwory morskie, inskrypcje runiczne, legendarne postaci, grody i symbole – „Carta Marina” to mokry sen każdego… każdego!

Skandynawia to dla wielu nadal ziemia wikingów, lodu i ciemności. I chyba znaleźliśmy winowajcę.

Bliskość natury.

Północ Szwecji to z reguły krzaczaste pustkowia, od czasu do czasu poprzetykane niższym lub wyższym szczytem. To właśnie w stosunkowym i bardzo umownym „pobliżu” Kiruny znajduje się najwyższa góra Szwecji – Kebnekaise, której dokładne wymiary zmieniają się rokrocznie. Sydtoppen (szczyt południowy) i Nordtoppen (północny) osiągają wysokość ok. 2 tysięcy metrów nad poziomem morza i rywalizują o tytuł najwyższego punktu Szwecji. Sydtoppen zazwyczaj wygrywa, choć w teorii jest od północnego przeciwnika… niższy. Sprawcą całego zamieszania jest lód, a właściwie – mały lodowiec, którego powierzchnia i objętość na Sydtoppen zmieniają się co roku.

Kebnekaise to nietypowa dla języka szwedzkiego nazwa. Góra właściwie od czasów zamierzchłych nazywała się Giebmegáisi, co w języku davvisámegiella (nordsamiska/północnosamskim) stanowi połączenie określeń na naczynie do gotowania wody i  szczyt. Najprawdopodobniej podczas procesu nazywania góry przez stronę szwedzką doszło do pomyłki; Kebnekaise z pewnością nie ma płaskiego, przypominającego garnek szczytu. Obecnie przyjmuje się, że nazwa Giebmegáisi odnosiła się do pobliskiego szczytu, któremu nadała została inna nazwa Tolpagorni.

O ludziach.

Obecność Samów silnie odczuwalna jest w całej północnej Skandynawii. Oficjalne oznakowania np. drogowe powinny być w dwóch językach – szwedzkim i odpowiednim dla regionu dialektu Sami. Barwne stroje, grupy reniferów i przypominające stożkowate namioty „lávvu” (północnosamski) / „kåta” (szwedzki) to stosunkowo łatwe do wypatrzenia elementy składające się na pełen obraz północnej Skandynawii (składającej się na region Sápmi).

Dla wielu Samów tradycja jest w dalszym ciągu niezwykle istotną częścią życia codziennego. Nils, wyjątkowo pogodny opiekun bardzo nieśmiałych reniferów, mieszka nieopodal Kiruny. Już od około 50 lat dba o swoich wędrujących podopiecznych; dzieło swojego życia rozpoczął w dniu, kiedy po raz pierwszy poszedł do szkoły. Teraz współkieruje otwartą dla turystów „kåtą” – w ten sposób próbuje przybliżyć nam balansującą na skraju globalnego zapomnienia kulturę Samów.

Granice Szwecji stanowią dom dla ok. 20 tysięcy Samów. Ta dramatycznie niewielka liczba i tak wydaje się spora w porównaniu ze statystykami z Finlandii (ok. 8 tysięcy) i Rosji (ok. 2 tysiące w okolicach Półwyspu Kolskiego i Murmańska, który u wspomnianego wcześniej Olausa Magnusa widniał jako… „wyspa magnetyczna”). Najwięcej Samów jest w Norwegii – ok. 40 tys.

Serce z żelaza.

Kilka brzydkich bloków mieszkalnych pośród zmierzchu. Z widokiem godnym pięciogwiazdkowego hotelu.
Prawdopodobnie są domem dla pracowników słynnej kopalni żelaza, której najgłębsza część znajduje się aż 1,5 kilometra poniżej poziomu „zero”.

Po zmierzchu, zbocza góry rozświetlają dziesiątki ogromnych reflektorów, widocznych z dużych odległości. Ich rozłożenie powoduje, że kopalnia zaczyna pod pewnymi kątami przypominać… okręt wojenny; góra jest bowiem wyjątkowo płaska i długa, a światła rozmieszczone są w równych liniach na jej zboczach.

Eksploatacja i wydobycie rudy żelaza zaczęły się na dobre na początku XX wieku. Wtedy też założone zostało samo miasto. Obecnie, Kiruna jest jednym z najważniejszych przystanków Malmbanan („linia kolei żelaznej”) nakreślonej między Boden k. Luleå a norweskim Narvik przy Riksgränsen. Norweskie wybrzeże stanowi nadal niezwykle istotny punkt spływu ciężkich statków towarowych, które przewożą właśnie żelazo lub… bloki lodu, obrabiane w słynnej dzięki lodowemu hotelowi miejscowości Jukkasjärvi. Druga odnoga Malmbanan prowadzi do Gällivare, sąsiadującego z kolejnym ważnym ośrodkiem wydobycia żelaza – Malmberget (nazwa nie pozostawia złudzeń). Gällivare jest również stacją początkową drugiej istotnej linii kolejowej – Inlandsbanan – prowadzącej na południe do Kristinehamn nad jeziorem Vänern.

Ironia Północy.

Miasto powstało dzięki rudzie żelaza. I przez nią jest właśnie likwidowane. Poniekąd.

„Stara” Kiruna pozostanie nią jeszcze bardzo niedługo. Z powodu nadmiernej eksploatacji gruntu, a także wysokich poziomu interferencji magnetycznej, miasto rozpoczęło żmudny i niesłychanie kosztowny proces przenosin. Dom po domu, wspomnienie po wspomnieniu. Pakowane są na przyczepę – dosłownie! – i odjeżdżają w siną dal. No, może nie taką znowu siną. Ledwie bladą, bo „nowa” Kiruna odnalazła się zaledwie parę kilometrów od rejonu potępionego.

Stary ratusz straszy pustką. Okna zabite deskami oczekują na wyrok skazujący. Ikoniczna wieża zegarowa została rozmontowana i przeniesiona w nową lokalizację. Gwar biurokracji wesoło ćwierka w okrągłym gmachu kilka kilometrów dalej.

Swojego losu w dalszym ciągu czeka duża część „starej” Kiruny. Jednym z największych wyzwań będzie rozbiórka i przeniesienie pięknego kościoła, którego bryła inspirowana jest fenomenem norweskich stavkyrkorna.

Jądro miasta – drobny rynek, wręcz: plac z paroma sklepami, o którego teoretycznie ważnej roli informuje nas jedynie neonowy znak „centrum” – nadal stoi i ma się jak na razie całkiem nieźle. Tam właśnie bije serce Kiruny. Kiedy transplantacja?

Po więcej zdjęć zapraszam na instagrama @swedish.things

Kolejne wyprawy na północ raczej szybciej niż później.