Materia ciszy. Abisko.

 Ciemność.

25 listopada słońce w Abisko zachodzi o 13:10. Delikatna pomarańczowa poświata utrzymuje się jeszcze przez kilkadziesiąt minut. Około godziny 14 po raz kolejny przegrywa bitwę z ciemnością.

Przyrodą rządzi jednak równowaga. Kolejne porażki słońca mszczone są nocami przez rzeki jaskrawej zieleni rozlewające się po całym nieboskłonie. Zorza zatacza zamaszyste koła, tworzy meandry, szybko wiruje – by równie gwałtownie zostać pochłoniętą przez morze napierającego granatu. Oglądam nie tylko ja; wojnie kolorów bacznie przyglądają się gwiazdozbiory. Nigdy nie widziałem nieba tak wyraźnie; nie odbierałem go tak intensywnie.

To wszystko przy akompaniamencie strzelającego wesoło ogniska. Choć światło i ciepło towarzyszą mi tylko do czasu. Po godzinie czeka na mnie tylko noc. Noc i cisza. Abisko podgląda jedynie oko księżyca w pełni, przy okazji oświetlając kontury pobliskich gór.

Przyklejony do kłody obalonego drzewa służącej mi aktualnie za ławkę dostaję dreszczy; mroźny wiatr zaczyna bezlitośnie smagać mnie po twarzy. Nie szkodzi. Dreszcze są jakby ciepłe. Inne niż te w Krakowie, Oslo czy Lund.

Kurtyna ciemności otula mnie ciaśniej niż puchowa kurtka po przecenie.

 Skała.

Na pierwszy rzut oka w Abisko mam niewiele do roboty.

Drugi rzut niekoniecznie pomaga. Gdy o poranku wspinam się na skaliste wzniesienie z widokiem na Torneträsk otaczają mnie jedynie krzaki. Czarne krzaki. Brązowe krzaki. Wyższe krzaki, mniejsze krzaki, czasami poprzetykane pojedynczymi przykładami krzaków średnich. Gratka dla przyrodników. Niestety – nie dla filologów i ludzi nudnych.

Nas interesują w Abisko przede wszystkim góry. Te z kolei otaczają wszystko. Ośnieżone szczyty przebijają się przez gęste chmury w poszukiwaniu nieśmiałego jeszcze, pastelowego słońca. Z upływem czasu kolor gęstnieje, a korony bezimiennych szczytów płoną złotem. Bezwiednie zaczynam się zastanawiać: czy ktoś zdołał dotknąć tego złota; czy w historii życia ludzka noga postawiła niezdarny krok w mieniący się śnieg akurat tego szczytu? Pytanie pozornie głupie. Oczywiście, że tak. Prawdopodobieństwo i różne inne temu podobne sprawy, których mój mózg nie potrafi, a może – nie chce przyjąć jako wartościowego dodatku do arsenału percepcji. Więc… może jednak nie? W końcu Norrbotten jest najmniej zaludnioną szwedzką prowincją, a sama Szwecja pochwalić się może jedynie dziesięcioma milionami osobników nam podobnych.

Nie człowiek, w takim razie, a przynajmniej – niekoniecznie. Ale renifer już na pewno. Może lis. W pogoni za lisem: ptak drapieżny, jeden z drugim.

Wzgórza są dla Samów bardzo często miejscami świętymi. Nietrudno to zrozumieć. I u nas szczyty łańcuchów górskich funkcjonowały jako miejsce styku sfer sacrum i profanum, źródło nadludzkiego natchnienia, punkt bliski bogów, natury, wszechświata. Oddalony od cywilizacji jak tylko się da – nie tylko horyzontalnie, ale przecież także wertykalnie.

Człowiek podbił ziemię. Gór na razie nie zdołał. Choć próbuje.

 Woda.

U stóp gór szemrze jezioro. Bagno. Bagniste jezioro? Zaraz się okaże. O tej porze roku powinno być już pokryte taflą lodu, przynajmniej w części (rzadko się zdarza, że lód przykrywa całe jezioro; środkowe partie zbiornika liczącego sobie ponad 330 kilometrów kwadratowych zazwyczaj pozostają nieruszone, lub pokrywa je bardzo cienka warstwa lodu).

A o co chodzi z tym bagnem? W sumie o nic. „Träsk” oznacza po szwedzku bagno. Jednak samo Torneträsk nie ma z tym nic wspólnego (niespodzianka). Zwłaszcza w północnych prowincjach Szwecji słowo „träsk” znaczy tyle samo co „sjö”, a więc – jezioro.

Tafla wody zgrywa niebo. Lekko nieudolnie stara się odwzorować jego kolory – od błękitnego, przez różowy, po wyjątkowo ciepły w tym otoczeniu pomarańczowy. Podmuchy wiatru nieustannie próbują w tym przeszkodzić, nadając wodzie bibułowej dla oka tekstury i skutecznie zniekształcając wyrazistość odbicia. Chcę dać upust potrzebie sprawdzenia stanu faktycznego; dotknięcia krystalicznie czystej wody. Szybko jednak rezygnuję z tego zamiaru – pomimo ubrania grubych rękawic z jednym palcem (takie są podobno najlepsze dla utrzymania ciepła) moje ręce znajdują się już parę metrów pod ziemią. Zanurzenie palca choć na ułamek sekundy w krysztale Torneträsk i wyrwanie go, wilgotnego, na łaskę czterech wiatrów uczyniłyby ze mnie ofiarnego barana. A ja baranem jestem, ale może jeszcze nie ofiarnym.

Akompaniament ciszy rozciąga się jednak bez wahania w najdalsze zakątki jeziora, niczym melodia mgieł nocnych nad naszymi polskimi stawami. Ciszę, spokój i piękno natury znajdziemy na całym świecie. Ale to w Abisko docenimy je w najgodniejszy sposób.